Zmrużyłem oczy i nic nie powiedziałem. No bo co miałem kurde powiedzieć? No pocisnąć nie, bo to chamskie, ale pocieszyć też nie, bo nic nie wiedziałem i nie miałem jak się wypowiedzieć. Zamilkłem więc.
- Powinienem wracać do siebie, ale za jakieś czterdzieści minut będę z powrotem. - powiedziałem.
- A gdzie idziesz? - zapytała.
- No do siebie. - powtórzyłem.
- A... okay... - pokiwała głową.
- Niedługo wracam. - oznajmiłem znikając.
Musiałem sprawdzić, czy wyłączyłem kuchenkę przed wyjściem i nakarmić swoich podopiecznych. Kiedy wróciłem do mieszkania przywitało mnie moje 68 książąt i księżniczek, którym zacząłem gotować obiad. No, a potem trochę się zasiedziałem... Ich futerka były przecież takie mięciutkie...! Wtedy usłyszałem za sobą znajomy głos:
- Wtf?! Co ty robisz?! - wykrzyknęła Kichi widząc mnie siedzącego na podłodze w otoczeniu kotów w ilości dużej. Zawstydziłem się i z rumieńcem podniosłem na nią głupawe spojrzenie.
- Ja ten... em... No... Nie zgasiłem kuchenki... No i eeeee... musiałem zrobić... im... obiad... - wyjaśniłem. No i szlag. Wydało się.
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz