Przyszedłem z rękami w kieszeniach na poligon, a tam niezła jazda. Jakiś białowłosy chłystek rzuca się z mieczykiem na Minato, a w trakcie trochę niskopoziomowego sparingu wbija kolejny małolat blokując mieczyk białasa kunaiem i coś do niego pitoli, ale z tej odległości nie mogłem powiedzieć co.
Rozpętałaby się bójka między gówniarzami, ale znalazłem się obok i złapałem białasa za nogę, podnosząc go tak, że zawisnął łbem do dołu, to samo robiąc jednocześnie z brunetem. Spojrzałem na obojga.
- I czego się kotłujecie, szczeniaki... I bez tego straszny tu syf... - rzuciłem. - Ten jest Kakashi, syn Sakumo, nie? - spojrzałem na Minato potrządając białasem. Namikaze skinął głową w odpowiedzi.
- Czyli to tobą, małą pokrako muszę się zająć... - westchnąłem puszczając ich oboje i oboje wylądowali na glebie.
- Karoku-san... Może trochę delikatniej... To w dalszym ciągu jeszcze dzieci... - niegłośno zasugerował blondyn.
- Dajże spokój... Od jednego czy dwóch upadków jeszcze chyba nikt nie umarł. - rzuciłem obojętnie. Czarnowłosy wstał jako pierwszy i poszedł w swoją stronę mruknąwszy coś tylko pod nosem, ale zanim odszedł na dwadzieścia metrów zjawił się obok niego Nokuto. Parsknąłem pod nosem i spojrzałem na białasa.
- No i co tak leżysz, jak zbity pies? Wstań... Nie wypada tak leżeć... - rzuciłem. Wstał powoli patrząc na mnie z niechęcią.
- Mam rozumieć, że mam ogarnąć tego gówniarza, tak? - spytałem raz jeszcze patrząc na Minato jakby z nadzieją, że jednak da to komuś innemu.
- Owszem. - odrzekł.
- Eh... Jesteś mi winien dango... - zastrzegłem.
W końcu Namikaze zniknął wracając do obowiązków, a ja spojrzałem krytycznym wzrokiem na dzieciaka przede mną.
- Z góry mówię, że nie chce mi się z tobą użerać o jakieś gówno za każdym razem jak coś powiem, więc z łaski swojej nie zadawaj pytań i najlepiej się dostosuj... Ostrzegam, że nie lubię "dzieci"... - zwróciłem się do niego z niekrytą niechęcią w głosie.
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz